O autorze
Abstrakt
Indeksowane metadane
PROJEKT: POWAŻNE STUDIO

Georges Didi-Huberman

Metan1

przełożył Paweł Mościcki


Trudno jest wyczuć metan. To gaz bezzapachowy i bezbarwny. Jak zatem można wyczuć go lub zobaczyć mimo wszystko? Innymi słowy – jak zobaczyć nadejście katastrofy? Jakie byłyby zmysłowe organy takiego widzenia-nadchodzenia, takiego spojrzenia-czasu? Bezmierne okrucieństwo katastrof polega na tym, że najczęściej stają się one widzialne zbyt późno, dopiero po tym, gdy już się wydarzyły. Katastrofy najlepiej widoczne – najbardziej oczywiste, najlepiej zbadane, najbardziej jednomyślnie uznane – do których odwołujemy się spontanicznie, chcąc wskazać, czym jest katastrofa, są katastrofami, które już były, katastrofami z przeszłości, których nadejścia inni, przed nami, nie chcieli albo nie potrafili zobaczyć, którym nie potrafili zapobiec. Rozpoznajemy je tym łatwiej, że nie jesteśmy – albo już nie jesteśmy – za nie odpowiedzialni.

Katastrofa rzadko zapowiada się jako taka. Łatwo jest powiedzieć, w czasie przeszłym, „to była katastrofa”, gdy wszystko się już rozpadło, gdy wielu straciło już życie. Równie łatwo jest powiedzieć, w czasie przyszłym, „to będzie katastrofa” o wszystkim i czymkolwiek, skoro wszystko, co oczywiste, zniknie pewnego dnia w wyniku powolnego lub nagłego rozpadu. Znacznie trudniej jest powiedzieć „to, co teraz nadchodzi jest katastrofą”, oto coś, co nadchodzi w konfiguracji, której nie podejrzewaliśmy o taką kruchość, taką podatność na ogień historii. Zobaczyć katastrofę, to zobaczyć ją nadchodzącą w jej zamaskowanej pojedynczości, w tym szczególnym „milczącym pęknięciu” – jak Pierre Zaoui rozwinął motyw ważny dla Gilles’a Deleuze’a2 – które niepostrzeżenie spowodowała. I gdy wszystko płonie, gdy katastrofa osiąga swoje apogeum i nic nie może jej już zatrzymać, tym, którzy doświadczają jej w pełni, ale chcą jeszcze, pogrążeni w swym cierpieniu, zobaczyć swoją nadchodzącą śmierć, pozostaje jedynie energia odwołania się do świadectwa, do archiwum, do dokumentacji, które utworzą przyszłą historię katastrofy: „Zwracamy się więc do naszego narodu, porwanego obecnie i na zawsze przez ogólny wir, do wszystkich członków naszego narodu, mężczyzn i kobiet, młodych i starych, którzy żyją i cierpią, widzą i słyszą, aby zawołać do nich: Stańcie się historykami! (...) Nagrywajcie, notujcie, zbierajcie dokumenty!”3.

***

Możemy oczekiwać od myśli, historii i być może działalności artystycznej, że wyczulą nas one na nadchodzące katastrofy. To jeden z wielu nakazów kierowanych do nas przez wizję historii – mam na myśli właśnie wizję – bliską Walterowi Benjaminowi, szczególnie wówczas, gdy pisał, że każdy powinien myśleć o historii tak, jakby działała ona niczym „sygnalizator pożarowy” [Feuermelder]: „Zanim iskra dotrze do dynamitu, trzeba przeciąć płonący lont”. To Benjamin twierdził, że nie ma myślenia – ani działania – politycznego bez sprzężonego zmysłu, zmysłowości ujętej, jak pisze, w „techniczną” formę, trzech czynników, którymi są „niebezpieczeństwo” [Gefahr], „interwencja” [Eingriff], a także (pisze bez żadnego wyjaśnienia, choć jego intuicja nie jest przez to mniej uzasadniona) „tempo” [Tempo] albo rytm4.

Benjamin w 1940 roku – a więc dla niego w momencie niebezpieczeństwa par excellence – powtarza, że zadaniem historyka nie jest powracanie do przeszłości, trzymanie się w stosunku do niej mniej lub bardziej spokojnie prostej referencji bądź rewerencji, lecz wspominanie jej w jej mocy nagłego nawiedzania aktualnej teraźniejszości, która jest teraźniejszością fundamentalnego niebezpieczeństwa, czyli katastroficznej konfiguracji: „Historyczna artykulacja przeszłości nie oznacza ustalenia »jak to było naprawdę«. Oznacza ona raczej zawładnięcie pewnym wspomnieniem, które rozbłyskuje w chwili niebezpieczeństwa. (...) Chodzi o to, by uchwycić obraz przeszłości w postaci, w jakiej niespodzianie zjawia się on w chwili niebezpieczeństwa”5. Czym innym jest zatem upamiętnienie minionej katastrofy w opartych na konsensie uroczystościach czczących „miejsca pamięci”, a czym innym pamiętanie minionej katastrofy, które rozświetla aktualną sytuację, ukazując zbliżające się pożary.

***

Dlaczego tak trudno odpowiedzieć na to wyzwanie? Dlaczego tak trudno jest zobaczyć nadejście, a nawet po prostu zobaczyć ruch niebezpieczeństwa, tlącą się katastrofę, tężejący gaz? Chciałbym sformułować jedną z wielu możliwych hipotez (co oczywiste, nie rości sobie ona prawa do powołania jakiegoś uniwersalnego prawa historii): katastrofa pozostaje niewidziana, nie „ukazuje się w swym nadejściu”, w tej mierze, w jakiej skrywa się za inną, równoczesną i bardziej wyraźną katastrofą, która w tym momencie historii zajmuje całe pole widzenia.

Z pewnością przydatne jest tutaj odwołanie do innego fragmentu Benjaminowskiej lekcji: wszystko to, co autor tez z 1940 roku mógł nazwać „czytelnością” [Lesbarkeit] historii, a co idzie w parze z jej warunkami „widzialności” [Sichtbarkeit], podobnie jak z jej epistemicznym statusem „poznawalności” albo „rozpoznawalności” [Erkennbarkeit], pojawia się jedynie w rozbłyskach, eksplozjach, podwójnych wybuchach, owych montażach czasu, które zwykł nazywać „obrazami dialektycznymi”. „Każdą teraźniejszość określają obrazy z nią równoczesne, każde »teraz« to »teraz« pewnej określonej poznawalności. W tym »teraz« prawda po brzegi wypełniona jest czasem, tak że wręcz pęka”6 – tak jakby w korytarzach kopalnianych prawdy historycznej sam czas był gazem metanowym, którego katastrofalną moc należy za każdym razem wyczuć, widzieć albo przewidzieć, rozpoznać albo antycypować.

A zatem hipoteza: jeśli katastrofa nie zostaje rozpoznana, to dlatego, że nie jest widziana; jeśli nie jest widziana, to dlatego, że nie jest czytelna. I nie będzie czytelna tak długo, jak długo będzie podtekstem, tłem, palimpsestem albo przypisem katastrofy bardziej spektakularnej, powszechnie rozpoznawanej, widzianej, czytelnej. W ten sposób ludobójstwo Ormian mogło zostać pogrzebane przez perypetie tureckich oddziałów w trakcie pierwszej wojny światowej; eksterminacja Żydów europejskich, choć wcześnie udokumentowana, nie stała się „rozpoznawalna” albo „czytelna” wśród strategicznych posunięć – alianci przeciw państwom Osi, ale także alianci zachodni przeciw aliantom wschodnim – drugiej wojny światowej; ludobójstwo w Rwandzie zostało przysłonięte przez to, co wydawało się prostym konfliktem o władzę; ludobójstwo Hmong w Laosie, wciąż trwające, jest całkowicie zatarte przez historyczny osąd politycznych i militarnych klęsk, jakie w tym regionie świata poniósł najpierw francuski kolonializm, a później amerykański imperializm.

Wojna jest czymś strasznym, ale dobrze się o niej opowiada: łatwo zajmuje więc całe pole języka, a zatem całą naszą zdolność do tego, by „widzieć, co się dzieje” (już od starożytności zarezerwowany jest dla niej osobny gatunek literacki zwany eposem). Katastrofa natomiast – ponieważ nikt nie chce w nią wierzyć i wydaje się ona „niewyobrażalna” – odbiera nam głos. Również dlatego nie jesteśmy jej w stanie zobaczyć (jej nieuchwytny proces jest w dodatku trudniejszy do ujęcia w opowieści). Najważniejsze jest tutaj rozpoznanie, że nigdy nie ma jednej katastrofy: w każdym momencie katastroficznym istniałoby więc połączenie, ukryty konflikt albo superpozycja co najmniej dwóch katastrof. Podobnie jak w każdym niebezpieczeństwie połączenie co najmniej dwóch zagrożeń, w każdej interwencji politycznej co najmniej dwóch stawek, w każdym rytmie co najmniej dwóch rodzajów tempa, w każdym symptomie co najmniej dwóch nieszczęść, w każdym zdaniu co najmniej dwóch słów, w każdym obrazie zaś co najmniej dwóch widzialności.

***

Gaz metanowy jest gazem bezbarwnym i bezzapachowym. Składa się głównie z metanu, ale również w mniejszej ilości z etanu, wodoru, diazotu i dwutlenku węgla. Sam w sobie nie jest toksyczny. Zabił jednak tysiące górników w przypadkowych eksplozjach – niemal zawsze nazywanych katastrofami – wynikających z jego niezwykłej łatwopalności. Oto dlaczego w lampach górniczych płomień jest osłonięty: powietrze dostaje się do niej przez specjalne sito, które utrzymuje spalanie, a specjalna „aureola” sygnalizuje, że stężenie metanu w powietrzu szybu górniczego staje się nadmierne i niebezpieczne. Zanim pojawiły się katalityczne detektory metanu – udoskonalone w latach 50. i używane w Europie aż do upadku kopalni węglowych około roku 2000 – wykorzystywano zamknięte w klatce pisklęta, których pióra miały puchnąć pod wpływem niebezpiecznego gazu.

W słowniku górniczym z XIX wieku ciężkim powietrzem nazywano sposób, w jaki gardło i płuca zdają się wyczuwać gaz w rezultacie fizycznego wrażenia duszności i jednocześnie intuicji psychicznej, że zobaczyło się nadejście niebezpieczeństwa wybuchu. „W miarę jak mijały godziny, powietrze zatruwane poceniem lamp, wyziewami ciał ludzkich i gazem kładło się na oczach coraz gęściejszą pajęczyną, którą dopiero wentylacja miała usunąć. Ukryci w głębi swych kretowisk, przytłoczeni ciężarem ziemi, pozbawieni tchu, rębacze kuli bez przestanu”7.

***

Zauważam, że wśród 261 rekordów odpowiadających słowu „gaz metanowy” [grisou] w katalogu Biblioteki Narodowej, poza kilkoma encyklopedycznymi podsumowaniami8, przeważają publikacje techniczne wydane przez École des Mines de Saint-Étienne [Akademia Górnicza w Saint-Etienne] oraz Commission permanente des recherches scientifiques sur le grisou [Stała Komisja Badań Naukowych nad Gazem Metanowym]. Ich zadaniem, w XIX, a później w XX wieku, było stworzenie symptomatologii wypadków, metod przemysłowego zarządzania ryzykiem, a nawet terapii szkód wywołanych przez wybuchy9. Można znaleźć tutaj również powieści, nowele, sztuki teatralne (jedną z nich napisali Pierre Brasseur i Marcel Dalio), filmy (poczynając od słynnego Schlagende Wetter Karla Grünego z 1923 roku czy Braterstwa Georga Wilhelma Pabsta z 1931 roku) i liczne piosenki (z których jedną, Grisou trompeur, napisał górnik Henri Candelle, inną zaś, znacznie bardziej znaną, śpiewała Edith Piaf).

Podczas lektury długiej listy najważniejszych wybuchów gazu metanowego w historii uderza mnie powtarzalność i ogrom hekatomb w dziedzinie, która, koniec końców, nie ma związków z wojną ani masakrą, a jedynie z tym, co nazywa się wypadkami przy pracy. W marcu 2005 roku Société de l’Industrie minérale, dla uczczenia katastrofy w Courrières – której ofiarą 10 marca 1906 roku padło 1099 osób – wyliczyło, że w wyniku różnych wybuchów gazu metanowego zginęło 42 614 górników, z czego 6000 w Chinach w samym 2004 roku.

Uderza mnie jednocześnie powtarzalność wypadków w zagłębiu węglowym w Saint-Étienne: kopalnia Sainte-Barbe w Rive-de-Gier w marcu 1829 roku (23 zabitych); kopalnia Clapier w 1839 roku (liczba zabitych nieznana); kopalnia l’Île d‘Elbe w lipcu 1840 roku (31 zabitych); kopalnia Saint-Charles w Firminy w październiku 1842 roku (15 zabitych); kopalnia Égarande w Rive-de-Gier w listopadzie 1842 roku (10 zabitych); kopalnia Méons w styczniu 1847 roku (7 zabitych); kopalnia Fraisse w Unieux w październiku 1847 roku (3 zabitych); kopalnia Saint-Charles w Firminy w 1856 roku (14 zabitych); kopalnia Pompe w czerwcu 1861 roku (21 zabitych); kopalnia Bois d’Avaize w marcu 1861 roku (12 zabitych); kopalnia Monterrod w Firminy w sierpniu 1869 roku (29 zabitych); kopalnia Jabin w listopadzie 1871 roku (72 zabitych); znów kopalnia Jabin w lutym 1876 roku (216 zabitych); kopalnia Châtelus I w marcu 1887 (79 zabitych); kopalnia Verpilleux I w lipcu 1889 (207 zabitych); kopalnia Neuf w tym samym miesiącu 1889 roku (25 zabitych); kopalnia Pelissier należąca do Société des Mines de Villeboeuf w lipcu 1890 (113 zabitych); kopalnia Manufacture w grudniu 1891 roku (60 zabitych); znów kopalnia Pelissier w lipcu 1899 roku (48 zabitych); kopalnia Combes w Roche-la-Molière w październiku 1924 roku (48 zabitych); kopalnia Loire w październiku 1939 roku (39 zabitych); kopalnia Charles w Roche-la-Molière w maju 1968 roku (6 zabitych).

***

Kopalnia Charles w Roche-la-Molière w maju 1968 roku? 6 zabitych? Nic z tego nie pamiętam. W maju 1968 roku mieszkałem jednak wciąż w Saint-Étienne, mieście, w którym się urodziłem. Miałem 15 lat. Pamiętam dobrze kolegów z liceum wstępujących do Union des Jeunesses Communistes i uczestniczących w „wydarzeniach” studenckich, które nie doprowadziły w Saint-Étienne, o ile wiem, do żadnych ofiar śmiertelnych. Pamiętam mgliście mój własny smutek i pewien rodzaj samotności, wycofanie z całej tej historii. Ale nie mam żadnego wspomnienia związanego z wybuchem metanu w kopalni Charles w Roche-la-Molière. Dzisiaj, dzięki najprostszej technice historyka, mogę spośród 261 rekordów bibliotecznych wyciągnąć tekst napisany w Saint-Étienne w lutym 1876 roku i zacytować zdania, w których górnik uczestniczący w akcji ratowniczej opisuje niszczące skutki wybuchu metanu:

„W zawalonym przekopie oddychało się ciepławym i dusznym powietrzem. (...) Górnicy z nocnej zmiany zajmowali się oczyszczaniem terenu: wszędzie na drodze widziałem jedynie trupy. To było straszne. Kilku nieszczęśników znaleźliśmy w sczepionych i zwęglonych grupach. W niektórych miejscach znajdowały się całe stosy ciał. Trzeba je było na siłę rozłączać. Szczątki gromadziliśmy w torbach. Inni zachowali pozycję roboczą, gdyż śmierć dotknęła ich nagle. Przeciągaliśmy te szczątki ludzkie bliżej szybu i wracaliśmy z powrotem. Spektakl, jaki przedstawiało, w bladym świetle naszych lamp, wnętrze kopalni, z tymi pozbieranymi odpadami, zniszczonymi chodnikami, hekatombą trupów, miał w sobie coś z fantastyki. Posuwaliśmy się do przodu z największą ostrożnością, krok po kroku odblokowując zatkane chodniki. Osuwiska były przerażające (...)”10.

Czy w ten sposób, za pośrednictwem tej lektury, tej „katastrofy” z lutego 1876 roku, zaczynam przypominać sobie tę, która wydarzyła się obok mnie w kopalni Charles w Roche-la-Molière w maju 1968? Jak rozumieć taką amnezję? Być może właśnie wertując, odsłaniając tempi składające się na moją percepcję – widzialność, poznawalność, czytelność – historii. Historii jednocześnie pokoleniowej, rodzinnej, genealogicznej i kontekstowej. W planie pokoleniowym rzeczywiście mogłem czuć zapach gazu łzawiącego, którego ślady na ulicach Saint-Étienne pozostawiły wydarzenia maja ‘68. W planie rodzinnym mogłem obserwować działanie gazu reanimacyjnego – tlenek azotu albo aerozol płucny – do którego moja umierająca matka była podłączona w szpitalu Bellevue. W planie genealogicznym mogłem próbować wyobrazić sobie działanie cyklonu B – cyjanowodór – na płuca mojego dziadka Jonasa, przybyłego z Polski w 1925 do pracy w kopalni węgla w Saint-Étienne, potem w 1944 roku zadenuncjowanego jako Żyd przez sąsiada i wywiezionego, razem z żoną i innymi członkami rodziny, w bydlęcym wagonie do komór gazowych w Auschwitz-Birkenau. Jednak w planie kontekstowym naprawdę nie czułem gazu metanowego z kopalni Charles w Roche-la-Molière: nie zobaczyłem nadejścia społecznej katastrofy, mimo że działa się wokół mnie, na moich oczach, można powiedzieć – pod moim nosem.

***

Dlaczego dopiero dzisiaj jestem w stanie połączyć niektóre wspomnienia z dzieciństwa – wszechobecny czarny pył na budynkach okolicznej ziemi, wyraźną biedę niektórych moich kolegów ze szkoły – z katastrofą przemysłową i społeczną, która, choć nie mogłem tego wówczas wyraźnie dostrzec, zniszczyła miasto, w którym mieszkałem przez 18 lat? Wiedziałem co nieco o tym, co działo się wokół mnie: konkurencja importowanej benzyny i węgla sprawiła, że kopalnie w dolinie Loary wykazywały deficyt od końca lat 60. Spośród 26 tysięcy górników zatrudnionych w 1945 roku w 1963 zostało nie więcej niż 10 tysięcy, a w 1973 – 3 tysiące; ostatnią kopalnię – Pigeot – zamknięto w 1983 roku, w tym samym roku, w którym przedsiębiorstwo Manufrance ogłosiło upadłość, a Fabryka Broni w Saint-Étienne – zarządzana już przez GIAT – pełną parą zwalniała ludzi.

Odpowiedź na to pytanie dokonuje się poprzez montaż, na którym opiera się każde przypomnienie, każda czytelność czasu. Aby powiązać ze sobą indywidualne wspomnienia i historię społeczną, której stanowią one jedynie kilka rozsypanych ziaren, muszę rozwiązać nitki nałożonych na siebie – dużych i małych, niewspółmiernych, lecz współistniejących – katastrof, których skutki mogłem mniej lub bardziej wyraźnie dostrzegać. Aby odczytać coś z materiału historycznego, muszę więc przedrzeć się przez czas (zawrócić ku wciąż nierozpoznanej przeszłości), a nawet przemontować czasy (złożyć razem rozdzielone elementy chronologii). To kontrast, różnica czynią rzeczy widzialnymi i przywracają im krytyczną moc wypełniającą „teraz” ich „poznawalności”. Tak jakby dla zrozumienia własnej przeszłości konieczna była umiejętność rekonfigurowania teraźniejszości za pomocą anachronicznego montażu opierającego na Niegdyś swoją troskę o Jutro, tę szczególną wiedzę wpisaną w akt wyczuwania niebezpieczeństwa.

To z pewnością spotkanie takiej przeszłości z pewnego rodzaju teraźniejszością, spotkanie naszego tutaj z pewnym tam, wywołało moją własną anamnezę katastrof górniczych w Saint-Étienne, których nadejścia nie umiałem zobaczyć we właściwym czasie. Spotkania te, jakkolwiek może się to wydać dziwne – ale taka jest zaleta albo siła montażu reminiscencji – wiążą się z odkryciem przeze mnie odległego kina Wanga Binga pokazującego w ciągu dziewięciu godzin trwania filmu Tie Xi Qu: West of the Tracks [Na zachód od torów, Chiny 2003] społeczną katastrofę wywołaną upadkiem przemysłu w Shenyang, w północnych Chinach między 1999 a 2001 rokiem. Natomiast kilku rozmowom z Bing Li, która spędziła całe dzieciństwo w tej samej dzielnicy Tie Xi („na zachód od torów”) w Shenyang, zawdzięczam odrobinę wyraźniejszą świadomość życia tamtejszych mieszkańców skazanych na ciężką przemysłową pracę i nieustannie zagrożonych bezrobociem, a więc nędzą i głodem (byłem zresztą zdumiony, że Bing opowiadała mi o wszystkich tych trudnościach tak, jakby opowiadała o utraconym raju; i był to z pewnością raj utracony pewnej społecznej solidarności, wzajemnej pomocy, której wszechobecność przypominam sobie nagle, w Saint-Étienne, w czasie, gdy jej nie widziałem).

W związku z tym mogłem obejrzeć ponownie kilka „klasyków”, takich jak Misère au Borinage Jorisa Ivensa i Henriego Storcka (1933) czy Surfarara, miniere di zolfo Vittorio De Sety (1955). Zobaczyłem też, poza kontekstem Documenta, gdzie go odkryłem w 2002 roku, piękny film Western Deep Steve’a McQueena poświęcony pracy w kopalniach złota w RPA oraz L’Argent du charbon (2008) Wanga Binga. Nie licząc niedawnego odkrycia Flacky et camarades (ou le cheval de fer), montażu stworzonego przez Aarona Sieversa na podstawie zarejestrowanych przez Pierre’a Gurganda wstrząsających obrazów – i słów – dotyczących warunków życia górników w północnej Francji między 1976 a 1983 rokiem. Wciąż nie widziałem, albo nie zobaczyłem ponownie, kilku filmów na ten temat wskazanych mi przez znajomych, Dynamite (2010) Daniele Segre, La Grande Grève des mineurs (1949) Louis Daquina, La Cabale des oursins (1992) Luca Moulleta oraz innych, znanych bardziej (jak Zielona dolina [How Green Was My Valley, 1941] Johna Forda) lub mniej (jak Déjà s’envole la fleur maigre [1960] Paula Meyera)11. Szczęśliwy zbieg okoliczności sprawił, że na wystawie jednej z księgarń znalazłem ostatnio piękną książkę z nazwiskiem Thiollier (nosił takie jeden z moich kolegów z dzieciństwa w Saint-Étienne) na okładce: chodzi o zbiór fotografii zrobionych w tym regionie na przełomie XIX i XX wieku12.

***

Ponieważ gaz metanowy jest bezbarwny i bezzapachowy, zdarzało się niegdyś górnikom, jak mówiłem, schodzić do kopalni z pisklęciem w klatce. Gdy zaczynało ono drżeć albo puchły mu pióra, wyczuwano – albo widziano – nadejście momentu zagrożenia. Z pewnością w tej praktyce zmuszającej piękne zwierzę do zobaczenia nadejścia ma swój udział jakiś przesąd. Niewykluczone też, że bliższa obserwacja tego wróżebnego upierzenia wzmacniała w samych górnikach umiejętność samodzielnego „wyczuwania gazu”. Czy obrazy nie mogłyby pełnić funkcji podobnej do piór tego ostrzegawczego pisklęcia? Czy drżenie obrazu albo jego „puchnięcie” nie stawia nas w miejscu, w którym niemal możemy zobaczyć nadejście decydującego momentu, albo – w najgorszym razie – jakiegoś katastroficznego wydarzenia?

Obrazy, niczym pisklęta, służą również do tego, aby zobaczyć czas, który nadchodzi. Do zmontowania teraźniejszości przez przedarcie się do przeszłości, przemontowanie jej i wyprowadzenie z niej kilku śladów na przyszłość13. Służą również do przemontowania teraźniejszości i „zobaczenia nadchodzącej przyszłości” za pośrednictwem pewnego rodzaju przeszłości, tak że każdy z trzech wymiarów czasu oświetla – podkreśla, oznacza, krytykuje, wyzwala – dwa pozostałe. Służą też ewentualnie do montażu trudu i piękna, z których jedno zawsze oświetla, podkreśla, oznacza, krytykuje i wyzwala drugie. Również do montażu brutalności wirów historycznych z jakimś spokojem lub delikatnością – skutecznym spokojem, pełną siły delikatnością – ludzkich gestów, które potrafią odpowiedzieć na niektóre, czasem katastroficzne, warunki egzystencji.


Przypisy

1 Tekst wygłoszony 30 stycznia 2013 roku na konferencji Penser la catastrophe we Fresnoy, Studio national des arts contemporains.

2 Por. Gilles Deleuze, Logika sensu, przeł. G. Wilczyński, PWN, Warszawa 2011, s. 210–221 („Porcelana i wulkan“) i 422–439 („Zola i pęknięcie“). Pierre Zaoui, La Traversée des catastrophes. Philosophie pour le meilleur et pour le pire, Éditions du Seuil, Paris 2010, s. 319–349.

3 Isaac Leib Peretz, Jacob Dinezon, Shalom Ansky (1915), cyt. za: David G. Roskies, La Bibliothèque de la Catastrophe juive, przeł. J. Ertel, „Pardès” 1989, nr 9–10, s. 203.

4 Walter Benjamin, Ulica jednokierunkowa (1925), przeł. A. Kopacki, Wydawnictwo Sic!, Warszawa 1997, s. 46.

5 Walter Benjamin, O pojęciu historii (1940), przeł. A. Lipszyc, w: idem, Konstelacje. Wybór tekstów, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2012, s. 314.

6 Walter Benjamin, Pasaże (1927–1940), przeł. I. Kania, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2005, s. 509.

7 Émile Zola, Germinal, przeł. K. Dolatowska, PIW, Warszawa 1970, t. 1, s. 49.

8 Por. przede wszystkim Henry de Chatelier, Le Grisou et ses accidents, Octave Doin, Paris 1890; idem, Le Grisou, Gauthier-Villars & Masson, Paris 1892; Jean Berger, La Mine et les mineurs: les mines d’autrefois et d’aujourd’hui. Ce que l’on voit au fond des mines. Le grisou. La vie du mineur. Les industries de la houille, Armand Colin, Paris 1914; Louis Crussard, Mines, grisou, poussières, Octave Doin, Paris 1919.

9 Por. Charles Bourguet, Brûlure par le grisou et accidents produits par son explosion dans les mines de houille, Coccoz, Paris 1876; A. du Souich, Commission du grisou. Rapport sur la réglementation de l’exploitation dans les mines à grisou, Dunod, Paris 1881.

10 [Autor anonimowy], Catastrophe du 4 février 1876 au puits à Saint-Étienne (Loire). Explosion du feu grisou dans les galeries creusées à 366 mètres de profondeur, 216 victimes, Balay, Saint-Étienne 1876, s. 2. Por. dwa podobne anonimowe teksty, odpowiednio z 1868 i 1889 roku: Mines de Saint-Étienne. Grande catastrophe causée par le feu grisou, avec explosion et éboulement des mines de Saint-Étienne. 57 mineurs tués dans le puits de la Grande Compagnie, Fudez Frères, Moulins 1868; Terrible catastrophe [à Saint-Étienne]. Explosion de grisou, 200 victimes, Baudot, Paris 1889.

11 Maria Kourkouta i Philippe Cote zechcą więc przyjąć podziękowania.

12 Thomas Galifot, Félix Thiollier, photographies, Musée d’Orsay-Éditions courtes et longues, Paris 2012. Por. zwłaszcza wielkie studium Diana Cooper-Richet, Le peuple de la nuit. Mine et mineurs en France, XIX–XXI siècle, Perrin, Paris 2002 (wyd. przejrzane i rozwinięte 2011).

13 Często zdarzało mi się wykorzystywać inne określenia na nazwanie tej relacji między obrazem a czasem, od „oczekującej” funkcji obrazu (Invention de l’hystérie. Charcot et l’Iconographie photographique de la Salpêtrière, Macula, Paris 1982 [wyd. 2, 2010], s. 141–149) aż do idei obrazu, który stałby „na czatach” (Peuples exposés, peuples figurants. L’oeil de l’histoire, 4, Les Éditions de Minuit, Paris 2012, s. 220–231).